DSC 3489sd copy 1 1

Minęła godzina od rozmowy z Terezą. Jednak mięśnie twarzy – te, które pracują kiedy człowiek się uśmiecha – bolały bez ustanku. Podeszłam do lustra. No i rzeczywiście, uśmiech od ucha do ucha. Co za niezwykła kobieta!

Autor tekstu: Dyrektor redakcyjny Nina Popowa

Tereza Baranovska-Koczkodan to pierwszy polski lider Faberlic. Oficjalne przedstawicielstwo firmy zostało otwarte w Polsce na początku 2017 roku, a już po 5 miesiącach pojawił się Dyrektor (status przedsiębiorcy będącego partnerem firmy, który osiągnął 3000 punktów – przyp. red.). Tereza jest energiczną, niebieskooką kobietą o długich, rudawych włosach i z piegami na twarzy. Ma trzydzieści osiem lat. Już od roku mieszka we wsi pod Rzeszowem.

„Skąd tak dobrze znasz rosyjski” – ledwo zdążyłam skończyć pytanie, a Tereza już radośnie uśmiechając się do kamery Skype’a odpowiedziała, że z pochodzenia jest Polką, która urodziła się we Lwowie i mieszkała tam 16 lat, póki nie pojechała uczyć się w swojej Ojczyźnie. „Ojciec do tej pory siedzi we Lwowie – kwituje Tereza – a my żyjemy jak koczownicy”.

„My” – znaczy rodzina Baranovski-Koczkodan, cztery osoby.

W życiu Terezy pojawił się najpierw Stanisław. Miała 13 lat, gdy w polskiej szkole, gdzie uczyła się Tereza, pojawił się „nowy”. Tereza jako pierwsza przekazała kolegom zdumiewające wieści. „Słuchajcie, będzie się z nami uczyć zielona małpa!” – oświadczyła ruda śmieszka odnosząc się do znaczenia nazwiska. Następny raz spotkała Stanisława trzy lata później, już w Polsce. „Przyjechałyśmy uczyć się z koleżanką w branży hotelarskiej. Pamiętam, że miałam ciężką walizkę. Jakoś się z nią doczłapałam do akademika i przysiadłam na niej, żeby odpocząć. Nagle odezwała się koleżanka: „O, popatrz, Koczkodan idzie”. Odwróciłam się i dotarło do mnie… to On. Taki przystojny Stas w garniturze pod krawatem!”.

Stanisław Koczkodan uczył się na prawnika. Poważny młody człowiek z perspektywami. Jednak rodzicom Terezy nie spodobał się wybór córki. „Romeo” był synem człowieka, z którym tata Terezy od czasów własnej młodości nie mógł się dogadać. „Gdy przyjechaliśmy do domu i tata zobaczył, z kim wyszłam z autobusu, aż kipiał ze złości” – opowiadała Tereza uśmiechając się bez ustanku. Pomyślałam, że mam przed sobą kobietę z charakterem. Ojciec Terezy jeszcze długo czekał, aby córka się opamiętała. Dopiero w 1997 r., na pogrzebie jej mamy, a swojej żony, zapytał: „Ty ze Stanisławem to tak na poważnie”?

Nie da się nie zauważyć podobieństwa do szekspirowskiej sztuki. Tym większe więc może budzić zaskoczenie odpowiedź „Julii” skierowana do ojca: „Nie wiem, życie pokaże”…

A życie pokazało, że są ze sobą. „Od początku zdecydowaliśmy, że wszystko mamy pięćdziesiąt na pięćdziesiąt – lekko przekręcając słowa mówi Tereza – nawet nazwisko na pół”. Na dobrą sprawę wyszło nie na pół, a razy dwa – w końcu teraz oboje mają nazwisko podwójne: Baranovski-Koczkodan.

Tereza zapoznała się z Faberlic, gdy mieszkali i pracowali ze Stanisławem w Rzeszowie. Mieli wtedy własny biznes – niewielką firmę remontową. Tereza była specjalistą od marketingu i księgową w jednym. Stanisław – generalnym dyrektorem i „specjalistą od zasobów ludzkich”. Tereza zajmowała się synem Daniłą i kończyła hotelarstwo. Brakowało czasu na odpoczynek. Latem udało im się jakoś wygospodarować dwa tygodnie na wyjazd do Lwowa, do ojca Terezy i spędzić jeszcze nieco czasu w Kijowie. „Szukałam wtedy jakichś rozsądnych kosmetyków w internecie, mam bardzo wrażliwą skórę, a woda w Kijowie jest tak twarda, że skórę chce wykręcić. Wiem, mieszkałam tam.” – zwierzyła się Tereza. Szukanie „jakichś rozsądnych kosmetyków” doprowadziło Terezę do wniosku, że trzeba szukać Punktu Odbioru Faberlic. Zajęli się tym we Lwowie. Pierwszy Punkt, do którego trafiła Baranovksa-Koczkodan był zamknięty. Drugi – tak samo. Ogólnie rzecz biorąc, trzeba było Terezy Baranovskiej-Koczkodan, żeby wyruszyć na poszukiwania trzeciego. A w tym przypadku upór po stokroć się opłacił. Kosmetyki było „rozsądne”. „Polecali mi tam, żebym się gdzieś zapisała, ale odpowiedziałam: nie, chcę to po prostu kupić” – niemal śmieje się Tereza – „niczego nie wiedziałam wtedy o systemie sprzedaży bezpośredniej”.

Dowiedziała się jednak o tym systemie dokładnie miesiąc później. Gdy wróciła do nauki, jej tubki i pudełeczka na kremy pozbyły się zawartości, a ona sama – zmieniła się. „Gdy przyszłam do instytutu, wszyscy zaczęli pytać, skąd ten połysk we włosach, co zrobiłam z twarzą i czym tak ładnie pachnę”. Tereza musiała dowiedzieć się, gdzie można kupić Faberlic w Polsce i złożyć zamówienie dla pięćdziesięciu innych chętnych.

W tym czasie Faberlic nie był dla Terezy biznesem. Co prawda zarobiła 2000 złotych dzięki zaopatrzeniu w kosmetyki niewielkiej armii swoich znajomych, ale był to tylko miły „efekt uboczny” jej zamiłowania. Dziecko, dyplom, księgowość, wymagający klienci, nowy klienci, kłopoty dnia codziennego… Katalog Faberlic stał się oknem do innego świata, świata magii, dziewczęcych fantazji i malutkich, kobiecych radości. Późnym wieczorem gdy położyła Daniłę spać oraz skończyła domowe obowiązki, Tereza otwierała komputer i prowadziła blog o swoim romansie z Faberlic. Co w tym najbardziej zaskakuje? Nie, nie to, że po założeniu grupy na Facebooku pisała regularnie o ulubionych kosmetykach i perfumach. W końcu wiele osób tak robi. Najbardziej zaskakujące było to, że podtrzymywała życie w grupie nawet wtedy, gdy Faberlic zawiesił swoją działalność w Polsce.

„Zawsze wierzyłam, że tu wrócicie – szeroko uśmiecha się Tereza – tak byłam o tym przekonana, że wykorzystałam tę przerwę, by nauczyć się biznesu i sprzedaży w specjalnym klubie. Męża też ze sobą wzięłam”. Po wczytaniu się w te słowa, człowiek dochodzi do wniosku – cała Tereza.

… Byli szczęśliwi. Biznes budowlano-remontowy szedł swoją drogą bez potrzeby wkładania w niego tylu sił i czasu. Stanisław wrócił do zawodu i otworzył kancelarię prawną. Daniła podrósł i stał się bystrym ośmiolatkiem. Któregoś razu w okolicy świąt Bożego Narodzenia napisał list do Świętego Mikołaja, w którym prosił, aby dostał w prezencie siostrzyczkę. Koniecznie z niebieskimi oczami. Tego wieczoru Tereza przyniosła list mężowi – „Popatrz no na adres! Chyba jednak trzeba tu prosić o prezent kogoś innego” – zachichotała. Po roku w rodzinie Baranovski-Koczkodan urodziła się Sofia, niebieskooka dziewczynka.

                                                                                            DSC 3479sd copy 1 1

Byłam przekonana, że zawsze dostajemy to, czego chcemy”. – mówi pewna siebie Tereza nie przestając się uśmiechać. – Trzeba tylko, by nasze pragnienia były naprawdę nasze, z serca”.

Zdecydowanie posiada ona niezwykły dar – idzie naprzeciw zmiennemu losowi, nawet jeśli bywa nielogiczny albo dziwny. Jak można inaczej wyjaśnić to, że bizneswoman i odnoszący sukcesy radca prawny nagle rzucają wszystko i wyjeżdżają na wieś?

Jesteśmy koczownikami z natury – wyjaśnia Tereza. Ze Lwowa wyjechaliśmy do Polski, potem przez 7 lat mieszkaliśmy w Kijowie, potem znów wróciliśmy do Rzeszowa, a teraz sprzedaliśmy wszystko i wyprowadziliśmy się na wieś. Spodobała nam się tu ziemia, to ją kupiliśmy”.

Pierwszym, co nimi wstrząsnęło na wsi, była cisza nocy. I przenikliwa ciemność. „Z początku było strasznie, ale potem zaczęliśmy wychodzić i patrzeć na gwiazdy, okazało się, że ciemność wcale nie jest aż taka ciemna” – mówi Tereza jak gdyby po raz pierwszy cieszyła się za swojego odkrycia.

We wsi Łubno nie mieli żadnych znajomych. Teraz natomiast zaprzyjaźnili się ze wszystkimi. „W czasie Świąt nie dali nam usiąść do stołu, sąsiedzi nas wzięli do siebie. Powiedzieli: zabierajcie łyżki i w drogę. W Polsce wschodniej żywa jest tradycja zbierania się razem za jednym stołem podczas Wigilii i spożywania posiłków swoją łyżką, ale ze wspólnej miski”. Tym razem w uśmiechu Terezy widać dumę i spokój. Jedność. Wypowiedziała to słowo kilka razy opowiadając o ich nowym życiu w Łubnie.

Banarovscy-Koczkodan to ludzie przedsiębiorczy, dlatego nie wyjechali z miasta tylko dla świeżego powietrza. Tereza wraz ze Stanisławem zajęli się gospodarstwem. Hodują na sprzedaż borówkę i przepiórki. „Do tego jeszcze oczywiście ogórki, pomidory i tak dalej…”, ale to już dla przyjemności. Gdy spytałam, czy ludziom z miasta nie jest trudno pracować na wsi, odpowiedziała prawie bez uśmiechu: „Powiem pani, że nie, nie jest trudno. To tak jakby… Jakby ziemia dawała takie poczucie, że nawet gdy się coś osiąga, nadal się na niej stoi. Nawet gdy zarabia się pieniądze, nawet gdy wchodzi się na inny standard, człowiek wraca na ziemie i czuje, że stoi twardo na nogach. Co by się nie działo – ziemia będzie oporą”. Faberlic jest natomiast inspiracją, która do tego przynosi Terezie zysk. Póki co niewiele – 25 000 złotych na rok. Jakim sposobem jest w stanie tyle zarobić zajmując się gospodarstwem, domem i dwójką dzieci?

Po pierwsze – dzielą wszystko ze Stanisławem na pół. Również zmartwienia. Po drugie – Tereza jest otwartym człowiekiem, dzieli się swoim doświadczeniem z innymi mieszkańcami wsi, ich bliskimi i przyjaciółmi, przypadkowymi znajomymi. „Zobaczyłam kiedyś kobietę, która sprzedawała śliczne truskawki. Zatrzymałam się, żeby kupić, zaczęłyśmy rozmawiać. Ma malutkie dziecko, oczywiście poleciłam jej odzież Faberlic!”. Tereza ma też pełno znajomych, którzy obejść się nie mogą bez porządnych środków czystości. Jest i „klub maniaków” perfum. Niedawno Tereza wzięła też na siebie rolę arbitra mody: „Zaczęłam nawet czytać wasze czasopismo, aby być na bieżąco z trendami. Mówię do swoich – bierzcie to, co modne. Oni się zastanawiają. Przychodzą potem po dwóch miesiącach i narzekają, czemu im wtedy nie powiedziałam, że zaraz wszyscy takie będą nosić”. Tereza śmieje się perliście. Później nachyla się nad ekranem i szepcze jak tajny agent: „powiedzieć ci coś?” Oczywiście potakuję. „Jedna moja koleżanka wyjechała do pracy do Norymbergii. Nadzoruje tam pracę z Polską i Czechami. Pewnego razu jej szef, Anglik, zapytał: u was tam w Polsce to ciągle żałobę macie? Tereza typowym dla siebie ruchem odgarnia włosy z czoła i znów się śmieje. „Lubimy wszystko czarne i szare. To prawda. A w katalogu Faberlic ubrania są takie barwne! Tereza śmiała się też nad czysto polskim zwyczajem długiego zastanawiania się przed zakupem. „Wszyscy u nas mówią: muszę się z tym przespać! I ja też taka jestem, jak zobaczę coś co mi się podoba, to muszę się zastanowić. Wszystkich już utruję swoim gadaniem, jak mi to potrzebne, a jak już dojrzeję do zakupu, to przychodzę i – brakło!” „No to czemu narzekasz na swoich klientów? – podgaduję do śmieszki Terezy. „No wiesz – odpowiada – jak się przez tydzień wybiera odcień lakieru z dwóch, to już przesada!”. Obie się śmiejemy.

W strukturze Terezy jest 300 osób. To osoby, który zarejestrowała w firmie Faberlic, którzy dzięki temu regularnie składają zamówienia po cenach magazynowych. Teraz Tereza objaśnia „swoim” nie tylko, jak oszczędzić, ale i jak zarobić. Niekiedy wyjaśnia na żywo, niekiedy wysyła prezentację do członków grupy na Facebooku. Pytam Terezę, czy to prawda, że zarabiać w ten sposób mogą tylko profesjonalni sprzedawcy i ludzie z „żyłką” handlowca. Tereze myśli dosłownie przez sekundę, potem zdecydowanie zarzuca rudymi włosami i odpowiada, że to biznes dla wszystkich. Jednak – Tereza przebiegle mruży oczy – jest jedno małe „ale”. „Dla ludzi którzy nie stawiają sobie granic. Rozumiesz, o czym mówię? Nieustraszonych, dla takich którzy nie boją się podejść do drugiego człowieka i go zagadnąć. „Nieustraszony” może być też zamknięty w sobie. Po prostu nadchodzi moment, kiedy wychodzi ze swojego kokonu. Mam na przykład sporo osób, które są już babciami i dziadkami i oni, jak by to powiedzieć… byli zamknięci w swoich domach, mieszkaniach, ale potrzebowali kontaktu z ludźmi. W swoim kokonie było im pusto i smętnie, chcieli wyjść porozmawiać. I proszę, mają wspaniały biznes. Są też dziewczyny, które mają po czternaście lat. Mają teraz wakacje i też jakoś kupują, sprzedają, zamawiają, robią pokazy. W zasadzie nie ma ograniczeń. Po prostu człowiek musi chcieć i być otwartym na drugiego człowieka. To biznes dla optymistów. Pesymiści od nas albo odchodzą od razu, albo zmieniają swój styl myślenia”.

Pod koniec zadaję podstępne pytanie – a jakie plany mają koczownicy na przyszłość? Szczerze mówiąc, czekam na coś porywającego, energicznego, ale i romantycznego! W końcu świat jest ogromny, a artykuł powinien mieć wyrazisty koniec. Tereza poprawia kamerkę, potem jak zawsze po swojemu – włosy. Również wyczuwa wagę chwili.

„Życie pokaże” – słyszę znajome słowa.

Póki jeszcze z mojej twarzy nie znikło zmieszanie, Tereze dodaje z przebiegłym uśmiechem: „Myślę, że teraz będziemy podróżować w górę. Po "drabinie sukcesu".

Obie się śmiejemy.

                                                                                            DSC 3534sd copy 1 1